Była kotką, która pojawiła się nagle znikąd pod moim balkonem, na terenie lokalnego zakładu „AVIA”. Jej przybycie obwieściło żałosne i długie miauczenie, które nasilało się wieczorem.
Na początku trudno było ją zlokalizować, aż wreszcie zobaczyłam małego, szarego kota siedzącego na stosie blach, leżących przy siatce oddzielającej teren zakłady pracy od naszego parkingu. Usadowiła się tuż pod moim balkonem, tak jakby chciała obwieścić: „widzisz mnie, tu jestem, pomóż”. Było mi tego kota żal, ale tym razem postanowiłam nie reagować i go ignorować, co najwyżej podać jedzenie, mając nadzieję, że pojawi się jego/jej matka. Pomimo upływu kolejnych dni, kot nie oddalał się i tkwił niezmiennie, jak wyrzut sumienia pod moim balkonem, na tym samym miejscu. Widać było, że nie jest akceptowana przez lokalne koty, bytujące na terenie zakładu.
Akcję pojmania kota w porozumieniu ze mną, podjęła lokatorka mieszkania na pierwszym piętrze, na przeciwko mojego balkonu, która miała już swojego kota. Wraz z koleżanką, po kilku nieudanych próbach złapały kota, który dał się zwabić na jedzenie ustawione na parkingu naszego bloku. Przed podjęciem tej akcji, padło oczywiście pytanie, czy nie wezmę kota, jeżeli go złapią, gdyż jak widać po moim „zakoconym” balkonie, opiekuje się kotami. Wyjaśniły, że nie mogą go zabrać do siebie, gdyż niedługo wyjeżdżają do pracy do Wielkiej Brytanii i opuszczają mieszkanie. Wytłumaczyłam, że raczej na stałe kota nie wezmę, gdyż ma osiem własnych kotów, ale gdy już złapią tego kota, to mogę się nim zaopiekować, do chwili znalezienia dla niego nowego domu.
Słowo się rzekło, kot został schwytany i przyniesiony do mnie. 9 lipca 2018 r. w drzwiach mojego mieszkania, wtulona w jedną z dziewczyn pojawiła się mała, szara, cętkowana kotka, ze zrostami na prawym oku. Tego dnia, jak raz zawitała do mnie moja koleżanka Kasia, która przyjechała z Kijowa i za kilka dni wracała z powrotem do tego miasta. Zgodziła się, na moją prośbę na umieszczenie kotki na miesiąc, do jej kolejnego powrotu u siebie w mieszkaniu, na kociej kwarantannie.
Kotka, nazwana przeze mnie Zosią bez większych problemów przystosowała się do życia w domu. Podejrzewam, że albo komuś uciekła – ale nikt jej nie szukał, albo została wyrzucona z domu, gdyż nie zachowywała się całkowicie, jak dziki kot. Bez problemu potrafiła korzystać z kociej toalety, była śmiała wobec ludzi. Okazała się również kocią pieszczochą, która najchętniej siedziała na rękach i mruczała.
Podczas pierwszej wizyty u weterynarza, jej wiek został oceniony na około 6-7 miesięcy, choć wydawała się znacznie młodsza, ze względu na mały wzrost i wagę. Okazało się, że ma podwyższone ciśnienie w prawym oku, pokrytym zrostami, ale pozostałe parametry były w normie. Na leczenie oka otrzymała krople oraz została odrobaczona. Podczas kontroli dodatkowo okazało się, iż ma skrzywienie tylnych łap, które układają się w kształt litery X i schodzą do środka, co powodowało, że nie podejmował prób wskakiwania na duże wysokości.
Następnie rozpoczęłyśmy razem z Kasią poszukiwania domu dla Zosi. Zgłosiła się chętna osoba, przeprowadzona została wstępna rozmowa przedadopcyjna, która wypadła dobrze i został ustalony termin przekazania Zosi. Miało to nastąpić po drugim odrobaczeniu i pierwszym jej szczepieniu na podstawowe kocie choroby. Jednak kotka ostatecznie została u mnie. Biorąc pod uwagę brak doświadczenia osoby chętnej do adopcji (miał to być pierwszy kot) oraz koszty i czas związany z leczeniem przypadłości Zosi (nadciśnienie, zrosty i krzywica), podjęłam decyzję, że pozostanie u nas.
I tak w naszym domu 20 lipca 2018 r. pojawił się dziewiąty kot. A wcześniej rozpoczęła się akcja socjalizacji poprzez izolację i przenoszenie zapachów, przyszłej, nowej, kociej rezydentki. Wcześniej zaniosłam do domu Kasi mały drapak oraz zabawki, aby przesiąknęły zapachem kotki, a następnie codziennie przynosiłam pojedyncze rzeczy do nas do domu, aby koty oswoiły się z nowym zapachem przyszłej rezydentki.
Zosia została w dniu swojej przeprowadzki umieszczona w obszernym transporterze i wniesiona do domu. Transporter z kotką w środku umieściłam w widocznym miejscu dla moich kotów. Jej przybycie wzbudziło zdziwienie, zainteresowanie i emocje wśród kocich lokalsów. Większość kociej gromady otoczyło transporter i zaczęło węszyć. Zosia siedziała spokojnie i nie wykazywała większego zaniepokojenia. Najbardziej przestraszony był najmłodszy białas Gucio. Basia zbliżyła się do transportera, obwąchała go i jak to Basia fuknęła, i odeszła. Następnie podszedł pręgus Ryszard, który nie wykazał większych emocji. Obrzucił wzrokiem transporter i oddalił się. Podobnie zachował się Chester. Podszedł jeszcze rudas Maciek, który usiadł obok transportera i miał wielkie, zdziwione oczy, i chyba nie do końca wiedział, jak ma się zachować. Pozostali domownicy zachowali dystans.
Po około 20-30 minutach otworzyłam drzwiczki transportera i Zosia, na lekko ugiętych łapach ukazała się kocim rezydentom. Fuknęła na Ryszarda i pomaszerowała w kierunku kuchni, a następnie umieszczona została w sypialni. Aklimatyzacja przebiegła dość szybko i bez większych problemów. Ciekawość przeważyła strach, a chęć zabawy z nowo przybyłą kocią koleżanką przeważył wśród najmłodszych, szczególnie Maćka i Gucia.
Zosia okazała się rezolutną, małą kotką, z charakterystycznymi pędzelkami na końcach uszu i garbatym, małym noskiem. Jest kotką niezbyt wyrośniętą, o mocnych łapach i zdecydowanym charakterze. Bardzo szybko zakolegowała się z rudasem Maćkiem, natomiast nie przypadła jej do gustu Tosia, którą uporczywie gania i straszy. Respekt czuje tylko przez Basią. Jest kocią pieszczochą, która bezszelestnie chodzi noga w nogę za człowiekiem, czy to do kuchni, czy to do łazienki i domaga się głaskania. Chętnie przesiaduje również na rękach, choć z dłuższym pobytem u nas, zaczęła przyjmować nawyki starszyzny, czyli nie wpraszać się na ręce, a raczej siadać przy człowieku. W odróżnieniu od innych moich kotów nie chce spać na łóżku, tylko sypia na tekturowym drapaku pod łóżkiem. Gdy jest z czegoś niezadowolona, charakterystycznie kręci młynki swoim ogonem.
Zosia pomimo upływu trzech lat nie urosła, natomiast zaokrągliła się, gdyż jest małym kocim obżartuchem. Zrosty z oka zniknęły, ale nie widzi na nie zbyt dobrze i trzeb aplikować jej krople nawilżające. Nadal nie skacze wzwyż, ale nie przeszkadza to jej w bieganiu i chuliganieniu z Maćkiem. Podobnie, jak Maciek ma zwyczaj podkradania człowieczego jedzenia i nie pogardzi nawet pozostawioną bez opieki owsianką czy kaszą gryczaną. Jest małą, kocią rozbójnicą.










